Lubliniec - Ocalić od zapomnienia

enfrdeitptrues

Projekt Grobla

PROJEKT GROBLA. Swoistą galerię drzewnych gwiazd tworzą stare, niektóre ponad 300-letnie drzewa: dęby, klony, olchy, jeden wiąz, na grobli największego w Powiecie Lublinieckim stawu, na Posmyku. Nie chciałam, aby były bezimienne, żeby nie miały swej historii. Postanowiłam im, w ramach pomysłu, który nazwałam PROJEKT GROBLA nadać imiona, aby było lepiej utożsamiać się z nimi. Wszystkie te stare drzewa powinny już dawno zostać objęte prawną ochroną przyrodniczą. Pojedyncze, powinny stać się drzewami pomnikowymi, a cala grobla - co najmniej użytkiem ekologicznym, jeśli nie strefą ochrony krajobrazowej.

Elżbieta Sokołowska

Dąb Nikodem Posmyk

Mocno osadzony na grobli, może nawet po jej środku. Z widokiem na prawą, wschodnią i lewą, zachodnią stronę, ale i na wprost, na drugi daleki brzeg ogromnego stawu. Rośnie tu od czasu usypania grobli, czyli baaardzo długo. Rośnie, aby na niej stać i dbać kiedyś - dawno temu, o niezakłóconą dostawę wody do studzenia olbrzymiego ówczesnego pieca kuźniczego - to kuźnik nad kuźnikami, niejaki Nikodem Posmyk, nietutejszy, ale zadomowiony.

Przybył do Kokotka wraz z rodziną – żoną, dwiema córkami, ale i z innymi dobrymi kuźnikami, sprowadzony przez właścicieli dóbr dla rozruchu i prowadzenia dużej i ważnej kuźnicy (huty). Osiadł tu na stałe, wrósł w tę okolicę, ale jego nazwisko tu nie jest powielane pokoleniowo, gdyż męskiego potomka nie posiadał. Córki, piękne i dorodne, z szanowanego i niebiednego domu, dobrze powychodziły za mąż, a on, Nikodem, z żoną swą Marianną, żyli tu w Kokotku długo i szczęśliwie. Mimo braku męskiego potomka, nazwisko wcale to, a wcale nie odeszło w niepamięć wraz z Nikodemem, bo w uznaniu Jego zasług ten piękny i olbrzymi staw nazwano ku pamięci Jego nazwiskiem. Wspomnienie zasług dla kokociańskiej kuźnicy niechże zostanie także zachowane na zawsze w witalności i dostojności tego pięknego dębu i rosnących obok , po drugiej stronie grobli (od strony łąk), dębu żony Marianny, zawsze lekko z tyłu, za ważnym mężem i dwóch obok siebie rosnących dębu i klonu – córek Posmyczanek, jeszcze wówczas nierozłącznych, lecz wkrótce rozdzielonych nowym życiem zamężnym. Dla pamięci o przedstawicielach tego sławnego zawodu i hutniczej historii tej okolicy ten piękny okaz drzewa Nikodemem Posmykiem nazwałam. Rośnij więc Nikodemie Posmyku, aby pamięć o tobie przetrwała.

Tekst i zdjęcia:
Elżbieta Sokołowska

Dąb Darz Bór

Chyba przyszła pora na przedstawienie Jego Wysokości - największego, najgrubszego, najpotężniejszego. Takiego, że nie sposób Go pominąć. Reprezentuje wszystko, co w tych drzewach jest najpiękniejsze. Jest jak kwintesencja pozdrowienia Darz Bór, płynącego z głębi Lublinieckich Lasów, fragmentu dawnej Puszczy Śląskiej. Dlatego tak właśnie Go nazwałam, Darz Bór. Kiedy patrzy się na Niego, do głowy przychodzą same podniosłe rzeczy i porównania. Serce rośnie, duma rozpiera. Wiadomo, jest stary. Wiekowy. Ma złamane konary, choruje, ale widać, że jest zadbany ręką człowieka. Zdecydowanie, obok tych na grobli, ten mocarz jest wyróżniający się. Dęby, co oczywiste, nie rosną tylko na groblowej alei, ale w całym kompleksie leśnym. Są jego wyróżnikiem pośród drzew iglastych. Ten oto wielkolud zadomowił się, można by powiedzieć, na zapleczu grobli, a właściwie wydmy, do której na zachodnio- południowym brzegu stawu Posmyk dotyka ten trakt.

Wydma jest charakterystycznym elementem krajobrazowym, wzniesieniem terenu, przylegającym do stawu, odsuwającym w tym fragmencie groblę od lustra wody, by troszkę dalej, idąc tym „zapleczem” wzdłuż dawnych ośrodków i budynku Leśnictwa Kokotek, zbudowanych na „Górce”, dojść ponownie do fragmentu groblowej drogi zmierzającej do pomostu przy Ustroniu Leśnym „Posmyk”. Dęby Lasów Lublinieckich to szczęściarze, którzy w monokulturze sosny tego dużego kompleksu, zwanego często Zielonymi Płucami Śląska, mimo wszystko, przetrwały wszelkie antropologiczne przemiany, w tym najbardziej dla nich okrutną - czas prosperity hutniczej, kiedy to trzebiono lasy na potrzeby funkcjonujących kuźnic. W tym dziele upodobano sobie bardzo mocno właśnie dęby. Ścinano je bez sentymentów. Są więc te, które z nami zostały, wielowiekowymi świadkami historii tych ziem, tych lasów, dawnych ich mieszkańców. Są naszymi łącznikami z tamtą opowieścią … dawno, dawno temu, w Lasach Lublinieckich rósł, posadzony przez sójkę, która gubiąc żołędzie, las sadziła, mały dąbczak. Początkowo w leśnej ściółce wcale go nie było widać. Jeden listek, potem nieśmiało drugi. Pierwsza gałązka i.. poszło. Czas upływał, zmieniało się otoczenie, a on rósł, mężniał i nie dał się złemu losowi. Trwa do dziś, już teraz wiekowy, dotknięty zębem czasu, ale nadal zielony i górujący nad głową. A nad nim wznosi się najwyższa w okolicy wydma, obok rosną inne drzewa, często bracia dęby, a wokół ptaki śpiewają, ludzie spacerują i uśmiechają się z zachwytu nad Jego ogromem i pięknością. Warto zajść na „zaplecze” Górki i przywitać się z Nim. Powiedzieć - Darz Bór. Niech nam darzy zielonym domem, wspaniałym miejscem do mieszkania, do radości z życia w zgodzie i przyjaźni z naturą.

Tekst i zdjęcia:
Elżbieta Sokołowska

Harcerska Brać

Harcerska Brać. Jakże mogłaby istnieć, opowiadana tu historia Grobli, poniekąd historia tego zielonego fragmentu miasta, dzielnicy, bez opowieści o Harcerzach. Ośrodek Harcerski Hufca Lubliniec w Kokotku świętował niedawno swe 50-lecie. Jego budowę rozpoczęto w 1967r., do dziś coś się usprawnia, remontuje, poprawia, rozbudowuje. A są przecież jeszcze obozy innych hufców: Bytom, Piekary… Ale nie o same stanice tu chodzi, a o ich sprawczego ducha – spirytus movens – młodych ludzi, takich z pasją, aktywnych, twórczych, ideowych, którzy w harcerskim kręgu, gromadzie, doskonalą swe przymioty, aby być w życiu kimś wartościowym, ukształtowanym na mocnych, zdrowych i nieprzemijających wartościach, korzenie których wywodzą się z miłości do Ojczyzny, jej przyrody, historii.

Harcerze, całe ich klany, pokolenia, od zuchów, po instruktorów, drużynowych, harcmistrzów. Wszyscy oni zaznali obozowego życia, wszystkim im szumiał i szumi po dziś dzień kokociański las, dla wszystkich płonie w Kokotku harcerskie ognisko i niesie się echem harcerska opowieść. Mijały lata i po drodze wiele takich miejsc, jak Ośrodek w Kokotku upadło, straciło swe znaczenie. Temu leśnemu obozowisku w Kokotku wyraźnie sprzyjały kokociańskie dęby, towarzysząc harcerzom w obozowaniu, pozwalając mu istnieć, rozwijać się, obrastać w legendę i wspaniale działać. Te stare drzewa, w swych gałęziach, w słojach, korze i starych koronach zapisują historię młodzieży, która od lat ze swymi Przewodnikami przybywała tu, by zacieśniać więzi przyjaźni, uczyć się dobrych emocji, nabierać pozytywnej energii i słać innym ludziom i światu dobre przesłanie. Jak więc by mogła się snuć opowieść o Grobli i Jej Drzewach bez Harcerzy? Mają i Oni swą symboliczną dębowo - klonową drużynę – Harcerską Brać. To piękny dorodny szpaler drzew otwierający Groblę od jej południowej strony, ciągnący się od muru zabudowań starej przystani wodniaków dawnej Silesiany (obecnie Niniwa). Tu na Grobli, dumne z naszej historii, wiekowe, pomnikowe drzewa szumią o harcerskim, kokociańskim domu, o którym opowieść jest długa, pełna ciekawostek, radości, śmiechu, czasem zadumy, niesamowitych przygód i prawdziwych, trwałych, jak dęby, przyjaźni.


Tekst i zdjęcia:
Elżbieta Sokołowska

Dąb Boborwy

Tego kolosa nazwałam Dąb Bobrowy, bo rośnie nad rozlewiskiem, które utworzyły bobry - budowniczy wodnych tam. To taki trochę samotny, poważny, elegancki pan. Inne, mniejsze dęby rosną jakby nieśmiało, w lekkim oddaleniu. On zaś tę przestrzeń, która go otacza wypełnia znakomicie swym majestatem, wielkością i szlachetnością. Powykręcane grube konary zagarniają powietrze nie przejmując się sąsiedztwem. Ze swej wysokości pilnuje niejako wschodniego brzegu stawu. Ma ze swej prawej strony, patrząc z grobli, widok na ogromne przestrzenie łąk, na których pasą się niekiedy konie, w nocy odważnie buszują leśne zwierzęta. Czuwa nad ich spokojem, nad porządkiem tego brzegu, nad równowagą miedzy wodą, a suchym lądem. Dalej kanał, a nad nim kolejne dęby, ale te, choć równie wielkie, równie stare i równie piękne, nie należą już do grobli. Jest więc Pan Bobrowy swoistym łącznikiem nad śluzą, przez którą woda z kanału przepływa do stawu, zasilając go. Pan Bobrowy. Jesteś ważny. Pilnujesz zasobności w wodę. A woda to życie. Jakże więc nie szanować kogoś, kto sprawuje pieczę nad zasilaniem stawu w wodę?

Tekst i zdjęcia:
Elżbieta Sokołowska

Walenty

Ta historia to gotowy scenariusz na film. Ciekawe, momentami burzliwe życie, pełne pasji i potrzeby uczenia się, poznawania i doskonalenia. I tak wspaniale zwieńczone, niecodziennym, unikalnym w swym rodzaju, dziełem - wierszowanym poematem „Officina ferraria, abo huta i warstat z kuźniami szlachetnego dzieła żelaznego”, opisującym stan ówczesnego górnictwa i hutnictwa, podwalin metalurgii i historii gospodarki, zawierającym również informacje z wielu dziedzin ówczesnej nauki, uzupełniający naszą obecną wiedzę o epoce, społeczeństwie, przy okazji wskazując na kulturową jedność Śląska przełomu XVI i XVII w. z ziemiami Królestwa Polskiego. Autor wykazał się wielką erudycją i znawstwem z zakresu językoznawstwa, geografii, literaturoznawstwa, bo czego tam w tym dziele nie ma. Niesamowity poemat. Autor, Walenty Roździeński, bo o nim mowa, pisząc swe dzieło życia tu nieopodal naszych domostw, na koszęcińskim dworze pana Andrzeja Kochcickiego, swojego mecenasa i wybawiciela z więziennej opresji, która mu się zdarzyła po przegranym o kuźnię właśnie, procesie z dziedziczką dóbr mysłowickich, panią Katarzyną Salomonową, to przyznacie – właściwy, bliski kulturowo i terytorialnie, bardzo, ale to bardzo, godny patron naszej dalszej i bliższej okolicy – Posmyka, Leśnicy, Janiej Góry, Kokotka, Pustej Kuźnicy i dalej Bruśka i jeszcze dalej, dokąd lasy dymiły, z ich dawnymi kuźnicami, gospodarką hutniczą, pięknem krajobrazu, życiem i trudem dawnych mieszkańców. Powinniśmy tę postać szczególnie uhonorować.

Dąb Walenty. Ten rozłożysty, ogromny, wiekowy dąb nad samym brzegiem stawu Posmyk, ze swymi szeroko rozpostartymi konarami, sięgającymi innych dębów i drugiej strony grobli, mocarz, nad mocarze, pięknie zielony okaz, pełen witalności i symboliki - tak, to on właśnie uosabia dawną historię tego skrawka ziemi – stąd jego imię – Walenty, na cześć Rożdzieńskiego właśnie. Może się też niektórym z nas kojarzyć z innym Walentym. Tym, od zakochania i miłosnych uniesień. Od szeptanych wyznań i przyrzeczeń. Od szybszego bicia serca i kartek z życzeniami od nieznajomego Walentego. Jeśli tak, to wspaniale. Miłości wzajemnej nigdy nie za wiele. Im więcej przyjaznej, osobiście odnoszonej symboliki, tym więzi mocniejsze. A przecież o to w tym opowiadaniu o drzewach na grobli chodzi. Aby się utożsamiać, czuć silne, bliskie, wręcz rodzinne związki. Bo my, tu mieszkający i te drzewa, tworzymy jedną wspólnotę, jeden żywy organizm. Dla zielonego krajobrazu, dobrego powietrza, zdrowego otoczenia, życiodajnych soków, bogactwa tlenu, dobrotliwego cienia, żyznej ziemi, poczucia przynależności, świadomości własnych historycznych korzeni i współczesnych wyzwań, choćby związanych z kryzysem klimatycznym, wobec których stoimy. Nie opuszczajmy naszych drzew. Bądźmy z nimi i chrońmy je na wszystkie mądre sposoby.

Tekst i zdjęcia:
Elżbieta Sokołowska

Sześciu Wspaniałych Kuźników

Sześciu Wspaniałych Kuźników Rosną jeden obok drugiego, w równym rzędzie, jednakowo rosłe, zdrowe, wielgachne, i budzące respekt. Dęby i klony, jak wojsko. Słynni drzewni kuźnicy z najbliższej okolicy – dużego i znaczącego centrum hutniczego, powstałego w Kokotku, Pustej Kuźnicy, Posmyku. To właśnie o nich, kuźnikach znad Małej Panwi pisał w swym dziele „Officina ferraria albo huta i warstat z kuźniami szlachetnego dzieła żelaznego” Walenty Roździeński. Tak, to tutaj można odnajdywać ślady tamtych zamierzchłych czasów. Paradoksalnie, nadając drzewom miano kuźników, trochę prześmiewczo rozprawiam się z tą historyczną wzajemną relacją drzew i kuźników.

Bo jak hutnicy, to dewastacja lasów, masowa ich wycinka, a w piecach najlepiej paliły się między innymi właśnie dęby, buki, jesiony i graby. Taki piec rocznie zużywał ok. 27000 metrów sześciennych drewna, a właściwie wyprodukowanego z niego węgla drzewnego. Każdy piec miał swego mistrza, który pracą kierował. Wracając do tych Sześciu zuchów – są wśród nich wytapiacze, gichciarze, kowale, koszytarze i kurzace, z niemiecka nazywani węglarzami. Ci ostatni wypalali węgiel drzewny. Oni też zaliczali się do fachu kuźników. A ci z kolei, nie pracowali oczywiście w kuźni, nie podkuwali koni, tylko pracowali przy wytapianiu surówki z rudy, w wielkim, wysokim piecu ( który zastąpił dymarkę). Tę surówkę w wyniku dalszych procesów przetwarzano w wszelkiego rodzaju wyroby żelazne. Hutnictwo na tym terenie to kolejny milowy krok w rozwoju nie tylko osadnictwa, ale i początek urbanizacji, a wraz z nim rozkwitu administracji, sądownictwa, szkolnictwa i różnego rodzaju rzemiosła w najbliższej okolicy. Kiedy kuźnictwo z tych ziem zanika w XVIII stuleciu i z początkiem XIX w., lasy ponownie się odradzają, znów rozbrzmiewa w nich śpiew ptaków, a one same przestają brzydko kopcić, za to czuć w nich zapach sosen, kwitnących lip, wiązów, jesionów, tarniny, czeremchy. Odnajdujemy tu uchronione od wycinki prastare dęby. Uff, co za ulga, uniknęły smutnego losu i mają się do dziś zupełnie dobrze. Choć nie wszystkie. Niestety, dwa z naszych Kuźników nadgryzł ząb czasu. Dolne gałęzie połamane, uschnięte, nie zakwitły pąkami, na drugim drzewie więcej obumarłych konarów i dopiero gdzieś w górze widać zdrowe gałęzie. A i rozwijające się liście nie mają dorodnej zielonej barwy. Wymagają opiekuńczego oglądu, reperacji nadwątlonej kondycji. Potrzebują pomocy. Myśląc o tej okolicy, spoglądając z grobli na ogromny staw Posmyk, nie można pominąć, zapomnieć o roli jaką, dla rozwoju Doliny Małej Panwi odegrali przedstawiciele „szlachetnego dzieła żelaznego”. Sześciu Kuźników z grobli będzie nam przypominać o tej historii.

Tekst i zdjęcia:
Elżbieta Sokołowska